Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Newsletter

Wiadomość HTML?
Joomla Extensions powered by Joobi

Historia i Tradycja

Dziedzictwo kulturowe stanowi dorobek materialny i duchowy poprzednich pokoleń, jak również dorobek naszych czasów i chociaż najczęściej utożsamiamy dziedzictwo kulturowe z architekturą i sztuką formy gospodarowania (np. sposoby uprawy roli), to wiele innych przejawów życia i rozwoju społeczności stanowią też elementy kultury.

Mieszkańcy naszej wsi są spadkobiercami dorobku kulturowego poprzednich pokoleń. Niewiele przejawów kultury naszych przodków dotrwało do współczesności. Warszówka nie może poszczycić się bogatą historią czy zabytkami kultury. Naszą wiedzę o przeszłości miejscowości czerpiemy z opowieści najstarszych mieszkańców lub ich dzieci za pośrednictwem wywiadów czy form pamiętnikarskich.

Powstanie wsi datuje się na rok 1827, czyli na czasy pańszczyźniane. Wtedy Warszówkę zaczęli zasiedlać ludzie z okolicznych wiosek, gdyż tu nie pobierano pańszczyzny, a jedynie czynsz, który ludzie woleli płacić i uprawiać błotnistą ziemię niż płacić pańszczyznę. Najstarsi mieszkańcy pamiętają, jak wieś wyglądała najdalej przed II wojną światową. Dzieliła się wtedy na dwie części, na tzw. Pierwszą i Drugą Warszówkę, co wynikało z tego, że jedna z nich istniała prawdopodobnie dłużej. W jednej części było 65, a w drugiej 22 gospodarstwa.

Na południu wieś zajmowała część dóbr hrabiów Potockich.

„Drogą nie dało się przejechać, były ogromne doły i błoto tak, że konie lgnęły. Jak ludzie szli do kościoła, to na boso, a buty zakładali dopiero przed samym wejściem. Często też bywało, że przez najgorsze błoto chłopcy przenosili dziewczęta na rękach. Kiedyś i młodzież miała inne rozrywki, niż dzisiejsza- opowiada Michalina Cichecka.- Dziewczęta 6 i chłopcy często chodzili po wsi i śpiewali piosenki, na grudzi urządzali zabawy, siedzieli i rozmawiali, zawsze był to wesoło spędzony czas”.

Przed wojną w powszechnym użytku były we wsi krosna, które być może najstarsi mieszkańcy gdzieś jeszcze przechowują. Na krosnach robiono części garderoby, dywany, chodniki, narzuty na łóżka. W niektórych domach do dziś służą one mieszkańcom lub stanowią miłą pamiątkę po dawnych latach i bliskich osobach.

Dawniej ślub i cała uroczystość związana z weselem wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Ślub był w niedzielę o 12.00, a potem cały dzień i ile kto miał sił, trwało wesele, które urządzało się wtedy w domu. W poniedziałek goście schodzili się na śniadanie, był wianek, obiad i tak do wieczora. We wtorek przypadał dzień poprawin, a od środy zaczynało się „prawdziwe życie”.

W Warszówce ludzie żyli biednie. Tym, którzy mieli pole na „dziecinoskim”, żyło się lepiej, a tak wszyscy utrzymywali się z torfu. Torf zaczęto tu wydobywać prawdopodobnie już na początku XX w., a może nawet wcześniej. Najpierw wybierano odpowiednie miejsce, gdzie kopano kwaterę o wymiarach 1m x 1m, następnie tasakami i podbierakami wycinało się cegły wielkości 6cm x 6cm, które układało się w sążnie. Lokowane były na górce lub w innym suchym miejscu. Stały tak nawet po kilka lat, zanim je sprzedano lub wykorzystano na opał. W głąb kopano „na wyczucie”, na tyle, by nie przekopać się do wody. Kiedy widać było, że torf się unosił, przestawano drążyć dół, aby nie zalać kwatery wodą, co powodowało, że stawała się ona bezużyteczna. Prace na dzień należało tak zaplanować, aby maksymalnie wykorzystać czas i jedną kwaterę, gdyż w nocy napełniała się ona wodą. Kolejny dół kopało się przynajmniej w metrowym odstępie, aby zbyt cienka ściana nie przerwała się pod ciśnieniem wody i nie zalała nowej, nie wykorzystanej kwatery. Torf kopano przeważnie wiosną i latem, gdyż wtedy sprzyjała ku temu pogoda. W Warszówce było to możliwe, ponieważ wieś spośród okolicznych miejscowości, położona jest najniżej, dzięki czemu, mimo iż była to ciężka praca, nie było konkurencji i stała się głównym źródłem utrzymania. Ludzie wydobywali torf przeważnie ręcznie, ale już od dawnych lat używało się w tym celu również specjalnych maszyn. Na opał wykorzystywano torf do lat 70-ych. Wtedy, już wyłącznie metodą mechaniczną, zaczęto wydobywać torf do innych celów, np na podkład do szklarni. Kilka lat temu, torfy znajdujące się m.in. w granicach administracyjnych Warszówki, weszły w skład obszaru Natura 2000 i jakakolwiek działalność degradująca jest tam zabroniona.

Obecnie Centrum Ochrony Mokradeł prowadzi w tym miejscu rekultywacje zniszczonych torfowisk. Warto jeszcze wspomnieć, że przy kopaniu torfu w okolicy odkryto, że pod kilkumetrową jego 7 warstwą znajduje się piasek, a w nim ogromna ilość maleńkich muszelek. Wskazywałoby to, że w tym miejscu tysiące, a może miliony lat temu płynęła rzeka lub znajdował się jakiś zbiornik wodny. Jednak tylko dokładne badania mogą to udowodnić i odkryć historię tego miejsca.

 

Czasy wojny i okupacji:

„Pierwszego września o świcie Hitler przekroczył granice” - śpiewała warszówiecka młodzież, gdy nadeszła wieść o wybuchu II wojny światowej. Najstarsi obecnie mieszkańcy wsi mieli wtedy najwyżej po kilkanaście lat.

Siedmioletni wówczas Leonard Majcherowski wspomina, jak musiał chować się i uciekać przed okupantem. Strasznie płakał, kiedy podczas ucieczki pies Bimpek drapał go po nogach, kiedy ten, ze strachu, że mu ucieknie, nie chciał go puścić. Dziś dokładnie potrafi wskazać miejsca, gdzie w czasie wojny ustawione były 4 średniej wielkości działa, ostrzeliwujące stacjonujące po drugiej stroni Wisły niemieckie kolumny; Góry Brudeckie, Laskowe Góry, Pękatka oraz za kanałem.

Zofia Majcherowska pochodzi z tej części wsi, gdzie wojna wyglądała o wiele gorzej, prawdopodobnie dlatego, że tamta część położona jest blisko szlaku komunikacyjnego z Góry Kalwarii do Osiecka, więc i wojsko częściej tamtędy przechodziło. Ludzie ciągle uciekali, gdzieś się chowali, czasem po kilka dni ich nie było, bo ukrywali się w lasach, nocowali w rowach i stodołach.

71 lat od wybuchu II wojny światowej Jacek Kałuszko-dziennikarz „Linii Otwockiej” dotarł do niezwykłego dokumentu - pamiętnika polskiego lotnika, świadka napaści Niemiec na Polskę 1 września i Rosjan 17 września 1939 roku, a potem walczącego w polskich dywizjonach bombowych w Anglii. Podczas wędrówki przez wieś Warszówka zwrócił uwagę na murowany krzyż stojący przy jednej z posesji. „Taka Twoja była wola Boże. Na pamiątkę poległych na wojnie męża i syna. Rodzina Kabulskich. Dn. 9.VI. 1948r.” Janek Kabulski z Warszówki, syn Franciszka i Marianny mógł być wzorem dla młodzieży we wsi. Gdy wszyscy szli spać, brał lampę naftową i zawzięcie się uczył. Ambitny i konsekwentny dostaje się do wymarzonej elitarnej Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie, słynnej „Szkoły Orląt”. Zostaje mechanikiem pokładowym. Kiedy tylko może odwiedza rodzinne strony z szykiem zajeżdżając ukochanym motocyklem. Wtedy jeszcze nie wie, że pojazd uratuje mu kilka razy życie… Wybuch wojny zastaje go na dęblińskim lotnisku. Jak tysiące innych żołnierzy wyrusza na tułaczy szlak, z którego nigdy nie powróci. „Każden zajęty jest sobą, każden tylko siebie ratuje.” Pozostawił po sobie niezwykły dokument tamtych czasów. Liczący 150 stron pamiętnik formatu A 4 nosi znamienny tytuł: „ Sorrowful life of unfortunates” („Smutne życie nieszczęśników”) i pisany był zapewne w Anglii. Autor już na samym wstępie zaznaczył: „W wypadku gdyby ten pamiętnik dostał się w czyjeś szlachetne ręce, to proszę uprzejmie o odesłanie pod adresem: Maria Kabulska. Warszówka, poczta Sobienie Jeziory, pow. Garwolin. Nazwał go: „Pamiętnikiem z Wojny Polsko-Niemieckiej”, na dole napisał szlak: Polska-Rumunia-Syria-Francja-Anglia. To przejmujący zapis dwóch zbójeckich napaści na Polskę 1939 r.

 

W czasie wojny, we wsi i okolicy działały dwa koła Batalionów Chłopskich. Stanisław Kasprzak należał do tego, w którym funkcję Komendanta Powiatowego pełnił Władysław Bąbik z Dziecinowa, Gminnym Komendantem był Józef Rozum z Wysoczyzna, a w Warszówce funkcję tę sprawował Józef Baciński.

Pan Stanisław wspomina, że pomnik, który stoi dziś przy szkole w Warszawicach upamiętnia akcję, jaka miała miejsce na polach pomiędzy Warszówką, Warszawicami i Całowaniem w czasie wojny.Oddziałom Batalionów Chłopskich udało się wtedy przechwycić zrzut amunicji. Zdobyty sprzęt wojskowy przetransportowano do Wisły, a stamtąd statkiem do Warszawy, by służył żołnierzom w Powstaniu Warszawskim. Trzy pojemniki, które pozostały, wykorzystano podczas walk prowadzonych w okolicy. Pan Kasprzak chodził do Szkoły Podoficerskiej w Kosumcach, skąd Komendant Powiatowy przeniósł go do Osiecka, do korespondencji. Jego zadaniem było podawać konspiracyjne przesyłki. Kiedy pewnego razu szedł do Sobieni- Jezior załatwić pewną sprawę, w Warszawicach spotkał kuzyna, który dał mu do czytania gazetki konspiracyjne. Pan Stanisław pomyślał, że ukryje je na cmentarzu, a w drodze powrotnej zabierze. Był w sklepie, kiedy wpadli żandarmi, zaczęli grozić karabinami i przeszukiwać ludzi. Szczęściem nie doszukali się gazetek w tylnej kieszeni spodni, które przez zagadanie się Pan Kasprzak wziął ze sobą. Znalezienie ich groziło rozstrzelaniem.

We wsi stacjonowało w czasie wojny jedenastu żandarmów. Jeden mówił, że nie może zjeść obiadu, jeśli nie zabije Żyda, ale byli i tacy, którzy ostrzegali Polaków, kiedy wiedzieli, że zbliża się niebezpieczeństwo. Kiedy przyprowadzano krowy z lubelskiego, trzeba było opłacić się Niemcowi, ale można było zatrzymać zwierzęta.

W Warszówce nie było dużo Żydów, ale Pani Kasprzak, która uczyła się w Otwocku i wynajmowała tam mieszkanie, widziała, jak sytuacja wygląda w mieście. Niedaleko miejsca, w którym mieszkała znajdowało się getto żydowskie. Wiele razy słyszała jak Żydzi krzyczeli i prosili o chleb, o coś do jedzenia. Czasem po kryjomu coś im nosiła, tym bardziej, że część tych ludzi była znajoma, gdyż byli to przeważnie okoliczni handlarze.

Zupełnie inną wojnę przeżyła Władysława Machowska. Była młodą dziewczyną, kiedy do wsi przyjechali Niemcy po ludzi, których wywiozą potem na roboty do Niemiec. Chodzili po domach i ich szukali, ale ci pouciekali do lasu. Kilka dni później sołtys przyniósł wezwanie, w którym napisane było, z imienia i nazwiska, kto ma się stawić w Osiecku, gdzie stacjonowali wówczas Niemcy. Na liście była również Pani Machowska. Stawiła się więc na wezwanie. Stamtąd można było jeszcze uciec, ale pod groźbą spalenia domu i zabicia rodziny nikt nie chciał ryzykować. W Osiecku ludzie spędzili noc, a następnego dnia, pociągiem przewieziono ich do Warszawy, gdzie na słynnej już z opowiadań wojennych ulicy Skaryszewskiej czekali, co będzie z nimi dalej. Był to moment, kiedy można było wykupić najbliższych, o ile kogoś było na to stać. Niestety po Panią Machowską nikt wtedy nie przyszedł. Pozostałych na ulicy ludzi załadowano do pociągu i przetransportowano do Niemiec. Trudno powiedzieć w jakiej części kraju znajdował się obóz, na pewno był w lesie. Ludzi umieszczono na noc w barakach, a już następnego dnia oddelegowano do pracy w fabryce. Tam pracowali przy napełnianiu woreczków amunicją, które pakowane następnie w kartony, wysyłano prawdopodobnie na front. Pani Władysława wspomina, że w pobliżu fabryki znajdował się bunkier, gdzie ludzie się chronili, kiedy bili na alarm. Alarmy były często, potem słychać było bomby. Strzały i wybuchy bomb w okolicy fabryki słychać było zresztą bardzo często. Pani Machowska spędziła w Niemczech, na robotach przymusowych 3 lata. Tam poznała swojego przyszłego męża, a ponieważ w obozie byli również księża, jeden z nich udzielił im ślubu. Nie wiedzieli, czy przeżyją. Na szczęście wrócili do Polski w 1945r. Pociągiem przewieziono ich do Warszawy, stamtąd dotarli do Otwocka, a potem ciężarówką do Warszówki. Pani Machowska nie wie, co by było, gdyby została za granicą, czy nie byłoby może lepiej? Dziś 10 jednak najważniejsze jest dla niej to, że przeżyła ten koszmar. Wojna się skończyła. Ludzie zaczęli powracać do swych domów i prac. Trzeba było dalej żyć.

 

Kolej:

Pierwszym dużym przedsięwzięciem podjętym w powojennej Warszówce była budowa kolei. Wcześniej, aby załatwić coś w Warszawie, trzeba było poświecić na to cały dzień, ponieważ dojazd był skomplikowany i trwał długo. Można było wybrać jedną z dwóch dróg: jechać do Karczewa, stamtąd kolejką wąskotorową do Otwocka, skąd pociągiem do Warszawy lub udać się do Góry Kalwarii, a z Góry jechać dalej do Warszawy. Na szczęście w 1949r zaczęto budować tory. Niektórzy nie wierzyli, że w tym miejscu kiedykolwiek będzie kolej. Przy jej budowie pracowało wielu mieszkańców wsi.

Powstała dwutorowa linia na całej długości, z wyjątkiem jednotorowego mostu przez rzekę, między Warszówką a Górą Kalwarią. W 1951/52r. zaczęły kursować tędy pierwsze pociągi. Kilka lat temu zlikwidowano stacje w Warszówce, a pociągi osobowe, które tędy jeździły nie zatrzymywały się we wsi.

 

Zagłębie mleczarskie:

Wieś zasłynęła jako zagłębie mleczarskie. Z Karolinki (części Całowania przylegającej do wsi) i Warszówki dziennie zbierano od 1200 do 1500 l mleka. Kiedy zlewnię przeniesiono do Warszawic, doszło jeszcze mleko tej wsi oraz Dziecinowa, co dawało teraz łącznie od 4000 do 6000 l mleka dziennie. W kolejnych latach zlewnię przeniesiono do Osiecka, a potem do Garwolina, gdzie funkcjonuje do dziś.

 

Ochotnicza Straż Pożarna:

Ochotnicza Straż Pożarna powstawała tu równolegle z tymi z okolicznych miejscowości. W taki oto sposób o swoim dziadku-komendancie Edmundzie Pielaku napisała w młodzieżowym czasopiśmie „Wasze Media” jego wnuczka Karolina Marczak:

„Mój dziadek Edmund Pielak jako rolnik stał się członkiem Koła Gromadzkiego Związku Samopomocy Chłopskiej i Kółka Rolniczego. Był również kombatantem, działał w ruchu oporu Batalionów Chłopskich w okresie od maja 1943 do lipca 1944 roku. Posługiwał się pseudonimem „Deska”. W późniejszym czasie stał się członkiem zwyczajowym Związku Bojowników o Wolność i Demokrację oraz Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w kraju. W roku 1969 Edmund Pielak został naczelnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej w Warszówce. Wraz ze swoimi kolegami brał czynny udział w budowie wiejskiej remizy. Dziadek będąc strażakiem stał się bohaterem ratując życie dwójki dzieci podczas pożaru w Osiecku. Sam podczas tej akcji doznał wielu ciężkich poparzeń. Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej z dnia 9 V 1967 roku odznaczyło obywatela Edmunda 11 Pielaka Srebrną Odznaką za zasługi dla województwa warszawskiego, w tym między innymi za ocalenie owej dwójki dzieci. Ponadto dziadek pełnił funkcje radnego Gminnej Rady Narodowej w Sobieniach-Jeziorach w kadencji 1988-1992, czynnie udzielał się społecznie.”

Komendant, Edmund Pielak, obiecywał Panu Kasprzakowi, że jak ten umrze, to mimo, iż nie był strażakiem pochowają go, jakby zawsze nim był. Pan Pielak nie żyje już od kilku lat, a remiza strażacka już od dawna nie pełni swej funkcji… W latach 60-ych odbywały się tam spotkania członków Klubu Młodego Rolnika. Młodzi ludzie się tam spotykali, a od 1958r., kiedy zelektryfikowano wieś oglądali TV, było kino objazdowe, biblioteka, próby teatralne i występy dożynkowe.